News

O koncercie i o tym, gdzie była pewna Ewa – słów parę

O koncercie i o tym, gdzie była pewna Ewa – słów parę

Wrażenie Ewy Huss-Nowosielskiej po obejrzeniu i wysłuchaniu koncertu „Świat w obłokach”

Byłam w obłokach

 Nikogo nie dziwi moje uwielbienie dla Chóru Rolika, zatem spodziewa się peanów na cześć naszych panów jak i pań, które po cichu wkradły się w łaski dyrygenta i coraz śmielej wkraczają na pole zarezerwowane dla „Rolików”. I ten, kto tak pomyślał, się nie myli, gdyż peany będą, ale nie po kumotersku, a tak zwyczajnie, po prostu  – od serca widza i słuchacza.

Zatem od serca widza.

Obrazek jak marzenie. Niebo pełne chmur, ale nie burzowych, zwiastujących nawałnicę niszczącą wszystko, co stanie na jej drodze a zakręcone na wszystkie możliwe sposoby baranki kłębiaste. Zawijasy chmurne i za poetą by należało rzec „durne” uwodziły nas przez chwilę, bo cała uwaga skupiła się na rzędzie „Rolików”. Wyprostowani jak struna, w białych, błękitnych i zdecydowanie niebieskich koszulach rozdzielonych cienkimi, czarnymi krawatami przypominali mocne dęby gotowe do podjęcia boju z nutami i  do ostatniej chwili poprawianymi aranżacjami piosenek  – to specjalność dyrygenta. Znam ten przejmujący strach przed występem, gdy padają słowa: „Słuchajcie, w tym momencie zaśpiewacie tak – a nam w tej chwili wszystko wylatuje z głowy, więc jak mammy zapamiętać zmienioną linię melodyczną wstępu czy też zakończenia?.

Potem wchodzą „Lidzbarskie Chóraczki” czyli członkinie Stowarzyszenia Miej Marzenia. Niebiesko, błękitno, biało, granatowo. I… po chwili już istnieje tylko muzyka i słowo. Bo przecież  w twórczości Grechuty nie można rozpatrywać osobno muzyki i tekstu. Te dwa elementy muszą współistnieć i współbrzmieć.

Zatem od serca słuchacza.

Ponad 50 minut obcowania z piosenkami Grechuty minęły jak jedna chwila. Zawsze zżera mnie ciekawość, co i tym razem zrodzi się w genialnej głowie Pawła Rolikowskiego, bo on nigdy nie proponuje odtworzenia wykonań, ale każdemu utworowi nadaje swój sznyt. Owe sławetne wstępy, wokalizy, rozpisywanie fragmentów piosenek na głosy, czynią je niepowtarzalnymi i ciągle trzymają słuchaczy w napięciu, gdyż nikt nie chce uronić ani jednego dźwięku.

Tyn razem, znając co nieco teksty piosenek, można było sobie pośpiewać, ale niezbyt głośno, by ewentualnym fałszem nie zepsuć genialnego występu. ( Co skwapliwie wykorzystałam, wręcz z niebiańską rozkoszą).

Osobny akapit chcę poświęcić dwóm solistom. Dla pani Barbary Leonowicz od dawna żywię szczery podziw. Jej każda, nawet najdrobniejsza rólka, a za taką uznaję recytację wiersza do piosenki  o Kopciuszku,  pokazał, że wcale nie trzeba wykrzywiać się na scenie,  wrzeszczeć jak opętana, by nadać występowi wymiar poezji śpiewanej.  W tym momencie wspomniałam koszmarne propozycje pani  Edyty Jungowskiej, której interpretacja piosenek poetyckich mogła dożywotnio zniechęcić widza nie tylko do poezji , ale do udziału w życiu kulturalnym w każdym wymiarze.

Drugi solista to prawdziwa  wisienka na torcie. Oczywiście mowa o występie  Artura Pękali. Jak pokazał  wieczór, cierpliwość  słuchaczy, miłośników „Rolika” została nagrodzona. Swobodnie, ciepło i z pewną dozą uroczej ironii – i jak go za to nie kochać, jako artystę, by ukrócić wszelkie spekulacje – przekazał przebój Grechuty. I pomyśleć, że takie talenty znalazły przystań w naszym Lidzbarku. Stwórca miał nas w opiece.

Na zakończenie osobne słowo o akompaniamencie. Po pierwsze nie przeszkadzał wykonawcom, nie  był nachalny, ale bez niego koncert nie smakowałby jak kolacja u samej Królowej Matki. Nic bardziej odpowiedniego do budowania nastroju nad skrzypce i klarnet o szlachetnie aksamitnym dźwięku się nie nadaje. Maestrię Pawła, szaleńcze pomysły realizowane  na żywo zadziwiają zarówno publiczność jak i wykonawców.

Wszystko, każdą odmianę sztuki najtrudniej zacząć a jeszcze trudniej efektownie skończyć. Zatem uwagę o pięknym początku każdego dzieła jak i szlachetnym zakończeniu dedykuję wszystkim twórcom i wykonawcom, także niżej podpisanej Ewie Huss Nowosielskiej.